The High End of Low (by Xalorth)

Muzyczna terapia, czy spełnienie oczekiwań fanów?
Wielu zwolenników muzyki Marilyna Mansona było niezadowolonych z jego poprzedniego albumu – Eat Me, Drink Me, który opowiadał o cierpieniu przeżywanym z powodu rozstania się z byłą żoną Ditą von Teese. Fani chcieli drugiego Antychrysta, albumu który będą mogli godnie postawić obok Trylogii (Antichrist Superstar, Mechanical Animals i Holy Wood).
Zaledwie kilka dni temu została wydana nowa płyta The High End of Low. Czy Manson znowu będzie wylewał swoje smutki, czy może otrząśnie się i nagra dobry album jak za dawnych lat? Takie pytania zadawałem sobie zanim przesłuchałem nowy materiał, gdyż miałem co do niego pewne wątpliwości.
Należy pamiętać, że powrócił stary przyjaciel Mansona – Twiggy (gitara/bas), z którym nagrał swoje najlepsze albumy.
Nie można nie wspomnieć o Chrisie Vrennie, który zastąpił Madonna Wayne Gacy i będzie teraz odpowiadał za klawisze.
Ze względu na to, że zarówno Twiggy, jak i Vrenna grali w ostatnim czasie w zespole Nine Inch Nails to możemy wnioskować, że na nowym albumie zauważymy pewne podobieństwa do muzyki Trenta Reznera.
Nową płytę przesłuchałem już wielokrotnie i muszę stwierdzić, że materiał na niej zawarty bardzo mnie zaskoczył. Postać Marilyna Mansona grana przez ostatnie 20 lat przez Briana Warnera (prawdziwe imię i nazwisko Mansona) ponownie się zmieniła.
Tym razem mamy więcej agresji i chęci zemsty za przeszłość.
Na album składa się 15 utworów + 1 remix. Jeżeli biorąc za prawdę to co mówił Manson piosenki znalazły się na płycie właśnie w takiej kolejności w jakiej były pisane. Możemy więc wnioskować, że konceptem albumu było przedstawienie okresu od rozstania się z Evan Rachel Wood do momentu rozpoczęcia nagrywania płyty.
Tytuł albumu The High End of Low jak wyjaśniał Manson ma oznaczać końcowy etap słabości i smutku którego doświadczał w ostatnim okresie autor. To ma być owe Dno Dna (bezpośrednie polskie tłumaczenie The High End of Low), którego dosięgną przeżywając załamanie.
Kilka słów o utworach z płyty:
Devour
Płytę otwiera niezwykle wampiryczny utwór, który odwołuje się do wizerunku Mansona z poprzedniego albumu – wampira skąpanego we krwi. Wstęp ten jest swoistym nawiązaniem ciągłości do historii tam opowiedzianej. Gdy pierwszy raz słuchałem tego utworu nie byłem zadowolony. Widziałem zbyt duże podobieństwo do Eat Me, Drink Me, który jak dla mnie nie był szczytem możliwości tego artysty. Pod koniec utworu Devour zostałem jednak niezwykle zaskoczony. Manson zaczął śpiewać w sposób niepodobny do tego z poprzedniego albumu. Jego głos nabrał więcej energii. To już nie brzmiało jak żalenie się, to przypominało bardziej impuls do powstania z upadku i chęć zemszczenia się.
Ciekawostką jest to, że utwór urywa się tak jak Get Your Gunn z pierwszej płyty Mansona.
Pretty as a ($)
Po poznaniu tytułu drugiego utworu na płycie wiedziałem już, że będzie on o nowej miłości Mansona – Isani Griffith. Również jest wysoce prawdopodobne, że Isani zagra w drugim teledysku promującym nową płytę, w końcu jest dziewczyną Mansona, a one zawsze dostawały role w jego wideoklipach.
Utwór ten ma moc. Można w nim znaleźć podobieństwo do agresywniejszych dźwięków z płyty Antichrist Superstar, czy do Love Song z Holy Wood (In the Shadow of the Valley of Death).
Leave a Scar
Kolejne zaskoczenie dla mnie. Nie dziwię się, że to właśnie ten utwór został wybrany na drugi singiel (a nawet trzeci licząc jeszcze ten e-singiel, który był dostępny na oficjalnej stronie Mansona jakiś czas temu). Dla mnie piękno tego utworu polega na tym, że gdy na odtwarzaczu ustawimy opcję powtarzaj jeden utwór i będziemy go słuchać cały dzień to się nam nie znudzi i ciągle będziemy chcieli więcej. Po jednokrotnym przesłuchaniu możemy uznać go za niezwykle prosty i banalny w przekazie, ale jego piękno dla mnie tkwi w wielogodzinnym odsłuchu. Utwór ten wtedy nabiera nowego wymiaru.
Four Rusted Horses
Już od początku słychać akustyczną gitarę. Sam utwór jest bardzo spokojny.
Kolejna zmiana. Przy pierwszym odsłuchu nie zastanawiałem się co chce przekazać słowami Manson, a w mojej wyobraźni powstawał obraz w ciepłych brązowawych barwach przedstawiający samotnego (niczym pustelnika) Mansona idącego wolnym krokiem przed siebie. Otacza go tylko piach, a z nieba pali złote Słońce.
Arma-Goddamn-Motherfuckin-Geddon
Tytuł może trochę dziwić, ale Manson bez problemów śpiewa ten długi zwrot i do tego nieźle mu to wychodzi.
Do zrozumienia tego utworu bardzo przydatny może okazać się teledysk. W końcu to on ma promować płytę i za pomocą obrazów przedstawić to o czym opowiada album.
Ma to być Dno Dna – czyli coś ostatecznego. A co jest jedną z wizji końca świata? – właśnie Armagedon.
A dlaczego w środku znalazło się Goddamn-Motherfuckin? Śledząc dotychczasowe występy Mansona muszę stwierdzić, że God Damn I Motherfucker są dwoma słowami, które do tej pory muzyk bardzo często wykrzykiwał podczas koncertów na żywo.
Ze względu na to, że w teledysku widzimy częste odwołania do poprzednich epok, niektórzy fani po jego obejrzeniu mieli wrażenie, że album ten będzie jego ostatnim lub, że Mansonowi zabrakło pomysłów i opierał się na tym co już wymyślił.
Dla mnie w tym teledysku Manson przedstawił siebie podczas Armagedonu. Postaci, w które się ponownie wciela ją już martwymi frankensteinami z poprzednich albumów (tak te wcielenia były nazwane w Putting Holes in Happiness).
Jeżeli to ma być Armagedon według Mansona to owe martwe frankensteiny zmartwychwstały. Są one swego rodzaju brzemieniem, które na nim ciąży. Przykładem mogą być dziewczyny ucharakteryzowane na Myszki Miki, które biją Mansona transparentami. Od razu skojarzyło mi się to z fanami, którzy na transparentach przedstawiają swoje oczekiwania i wymagania odnośnie tego jaka ma być nowa płyta.
Blank and White
Kolejne zaskoczenie. Nowy sposób śpiewania Mansona. Nawet sam tytuł jest swoistą zabawą słowną autora do wyrażenia Black and White. A tu mamy Blank and White, który kojarzy się postacią Omegi z Mechanical Animals.
Running to the Edge of the World
Akustyczna gitara, ballada z mocniejszymi momentami. Jak dla mnie bardzo silna konkurencja dla Comy White. Szczególnie w mojej pamięci zapadły piękne słowa o miłości:
Together as one, (Wspólnie jako jedność)
against all others (przeciwko wszystkim innym)
Również w tym utworze zwróciłem uwagę na króciutkie hałaśliwe wstawki, które są podobne do efektów użytych przez Trenta Reznera w utworze z płyty Pretty Hate Machine – Sanctified.
I Want to Kill You Like They Do In the Movies
Utwór ten bym nazwał: Dziewięcio minutowy film o potworze. Główna rola i reżyseria: Marilyn Manson.
Mam również wrażenie, że muzyk tą piosenką chce zdradzić słuchaczowi swoje zamiłowania do reżyserowania. Do tej pory zajmował się tylko produkcją teledysków do utworów, a teraz jest przed nim film Phantasmagoria. Utwór ten jest niemalże jak kręcenie filmu przez Mansona.
Panuje tutaj psychodeliczny klimat. Można odnieść wrażenie, że piosenka nigdy się nie skończy i będzie trwać w nieskończoność.
WOW
Zaskakujące jest, że pod względem melodii WOW przypomina utwór Antichrist Superstar. Ledwo słyszalne głosy niemieckich kobiet i śpiewane WOW (ŁOŁ) tworzy ciekawy klimat.
Muzyka może wydawać się początkowo bardzo uboga i prosta, jednak utwór bardzo łatwo wpada w ucho, a w szczególności słowo WOW.
Wight Spider
Pierwszy i jedyny utwór, który mi się nie podoba na tej płycie. Strasznie się dłuży i do tego nie pasuje mi pod względem muzycznym. Jak dla mnie jest to przykład utworu-zapychacza na płycie.
Unkillable Monster
Tym razem jest już ciekawiej. Tutaj znowu mamy energię i powera w utworze. Coś się dzieje. Raz słyszymy krzyki, a innym razem ciepły głos. Muzyka również zmienia się tak jak wokal.
Jako ciekawostkę podam, że sam początek – pierwsze 6 sekund bardzo przypomina początek z The Nobodies.
We’re from America
Zabawne jest to, że w czasie gdy wysyłałem zgłoszenie na darmowego singla z oficjalnej strony Marilyna Mansona to jednocześnie byłem na jakimś blogu muzycznym, na którym właśnie leciała Amerika zespołu Rammstein. Muszę przyznać, że oba utwory pod względem przekazu są do siebie bardzo podobne.
Sam tekst We’re from America posiada mnóstwo powtórzeń. Nie świadczy to bynajmniej o słabości tego utworu, ale o tym jakby był pisany specjalnie pod trasę koncertową. Słuchając go, aż chce się śpiewać razem z Mansonem.
I Have to Look Up Just to See Hell
Kolejny przejaw nowej jakości. Sama muzyka przypomina mi muzykę z cyrku/wesołego miasteczka, w którym zapadł zmrok i zaczęły się dziać dziwne rzeczy.
Into the Fire
Pianino w tym utworze od początku towarzyszy wokalowi. Cała kompozycja brzmi jakby pochodziła ze ścieżki dźwiękowej z jakiegoś filmu love-story o smutnym zakończeniu. Najbardziej utwór ten pasuje, aby był grany przy napisach końcowych. Ogień w końcu jest swojego rodzaju symbolem oczyszczenia i odnowy. Manson dla mnie tym utworem zamyka płytę.
15
Ostatni utwór na płycie. Napisałem, że płyta skończyła się na utworze 14 i dla mnie to te utwory tworzą jedność. 15 jest inna. Utwór mówi o tym co nastąpi. Jest niczym kiełkująca i tworząca się na nowo lepsza i bardziej radosna przyszłość Mansona. Nie ma już smutku. Muzyk śpiewa Today is my birthday (Dziś są moje urodziny) i ma to oznaczać, że to co było przeminęło i trzeba się cieszyć dniem dzisiejszym.
Przypomnę, że utwór ten Manson napisał właśnie w dzień własnych urodzin, a nazwał go 15 gdyż liczba ta jest bardzo mocno związana z jego życiem.
Arma-goddamn-motherfuckin-geddon Teddy Bears Remix (bonus track)
Ciekawy remix w szybszym rytmie. Dzięki niemu otrzymujemy trochę inną interpretację utworu oryginalnego.
Najlepsze utwory dla mnie na płycie to:
Leave a Scar
Running to the Edge of the World
I Have to Look Up Just to See Hell
Podsumowując muszę stwierdzić, że Manson się zmienił. Poradził sobie ze swoimi wcześniejszymi problemami. Muzyk ten nie powtarza się. Nie ponawia dotychczas dobrze przyjętych pomysłów. Ryzykuje i eksperymentuje, aby otrzymać nową jakość.
Czy nowa płyta jest terapią dla Mansona? Ja bym powiedział, że to o czym śpiewał zawsze było związane z jego życiem. Zarówno jego młodzieńczy bunt, chęć stania się supergwiazdą, miłość do narkotyków, czy problemy miłosne zawsze znalazły miejsce na jego albumach.
Również fani otrzymali to na co oczekiwali, czyli nawiązania do starszych albumów plus nowe pomysły.
Cały album oceniam jako bardzo dobry. Dla mnie zajmuje on czwarte miejsce zaraz za Trylogią.
– Xalorth
