The High End of Low (by Slav)
1. miejsce w konkursie strony Celebritarian.pl na recenzję albumu The High End of Low.

Po dwóch latach od wydania “Eat Me, Drink Me” na półkach sklepowych ląduje nowy longplay grupy Marilyn Manson. A może raczej powinienem napisać: Brian Hugh Warner & Co.? Album jest bowiem bardziej osobisty niż Tryptyk i “Eat Me, Drink Me” razem wzięte. To już nie “bóg pierdolenia” i jego popaprana banda. To (względnie) dojrzały facet i jego kumple w wieku średnim – stary “partner w zbrodni” Twiggy, wypromowany swego czasu przez Trenta Reznora Chris Vrenna i będący zawsze w cieniu reszty zespołu perkusista Ginger Fish. Sprawdźmy więc, co oferuje nam grupa na dwudziestolecie istnienia, jakiż to diabeł siedzi w “The High End of Low”…
ZAKOCHANY KANIBAL – “DEVOUR”
Płytę otwiera utwór o złowieszczym tytule “Devour”. Atmosferę grozy (która, swoją drogą, nie znika do ostatnich taktów piosenki) podkreśla nasycone stłumionymi hałasami intro. Gdy wchodzi wokal, nie mamy już wątpliwości – lider formacji jest w świetnej kondycji. Pełen kanibalistycznych treści tekst utworu przyprawia o gęsią skórkę. Z napięciem czekamy na refren, który okazuje się być niezwykle banalny i kontrastujący z resztą utworu (“And I’ll love you / If you let me / I’ll love you / If you won’t make me stop”). Tekst utworu może miejscami wydawać się trochę monotonny. Powtarzane raz po raz wersy wywołują skojarzenia z wydanym wraz z niektórymi kopiami płyty “The Golden Age of Grotesque” krótkometrażowym filmem “Doppelherz”. O ich słuszności przekonuje nas obecność w tekście “Devour” linijki “My pain is not ashamed to repeat itself”, pochodzącej właśnie ze wspomnianego wyżej filmu. Kawałek otwierający “The High End of Low” można podsumować krótko: to “If I Was Your Vampire”, tyle że bardziej ironiczne, a Tima Skolda zastąpili Twiggy i Vrenna.
KOMPLEMENCIARZ XXI WIEKU – “PRETTY AS A ($)”
Drugi utwór na płycie to już typowo Mansonowe granie – krótki i bezlitosny kawałek pt. “Pretty as a Swastika”. Drapieżny riff rodem z “Holy Wood”, bezpośredność “Antichrist Superstar” i ironiczny tekst, który przywodzi na myśl “The Golden Age of Grotesque”… “Pretty as a Swastika” z pewnością przypadnie do gustu fanom “dawnego” Mansona.
SREBRNY POCISK – “LEAVE A SCAR”
Dalej na trackliście mamy “Leave a Scar” – utwór lekki i przyjemny. Nic dziwnego, że będzie to następny singiel promujący płytę. Uwagę w tej piosence przyciąga zwłaszcza sklecony w chwytliwy sposób pre-chorus oraz refren, będący polemiką z Nietzchem (“Whatever doesn’t kill you / Is gonna leave a scar”). W wersji deluxe “The High End of Low” na bonusowym dysku umieszczono alternatywną wersję utworu – choć akustyczną, to co najmniej równie łatwo wpadającą w ucho, co wersja standardowa.
KLIENT GRABARZA – “FOUR RUSTED HORSES”
Po “Leave a Scar” kolejnym punktem programu jest podobno “najbardziej reprezentatywny utwór z płyty” – czyli “Four Rusted Horses”. Muszę przyznać, że utwór ten mocno kojarzy mi się z “Personal Jesus” Depeche Mode czy twórczością Johnny’ego Casha. Panowie z Marilyn Manson postawili na bardziej akustyczne brzmienia, co jest sporą zaletą utworu. Pesymistyczny (a może jednak sarkastyczny?) tekst piosenki rzeczywiście pasuje do tytułu albumu. Dla tych, którzy jednak wolą cięższe granie, przygotowano również wersję bardziej industrialną i “brudną” – “Opening Titles version” – i to właśnie ta odsłona “Four Rusted Horses” otwiera koncerty na obecnym tournée zespołu.
JAN APOSTOŁ – “ARMA-GODDAMN-MOTHERFUCKIN-GEDDON”
“Arma-goddamn-motherfuckin-geddon”, czyli pierwszy singiel z “The High End of Low”, jest kawałkiem dobrym i wpadającym w ucho, ale… szybko się nudzi. No bo ileż można “pierdolić telewizję i radio”? Zresztą już sama decyzja wytwórni o wypuszczeniu “Armageddonu” jako głównego utworu promującego płytę i poddanie go cenzurze zabiło całą ideę piosenki – buntu m. in. przeciw przemysłowi fonograficznemu i graniu muzyki pod publikę (“Fuck making hits / I’m taking credit for the death toll”). Po prostu przeciętny utwór. O wiele lepiej prezentuje się bonusowy “Teddy Bears remix” – jest wyraźnie mniej monotonny.
SZALENIEC Z BRONIĄ – “BLANK AND WHITE”
Następnie do czynienia mamy z “Blank and White”, niezwykle ironicznym zarówno w sferze muzycznej, jak i tekstowej. Już sam tytuł jest drwiną – “pustka” (“Blank”) w miejsce standardowej “czerni” (“Black”) – czyżby chodziło o cenzurowanie tego, co “czarne”, złe? Na uwagę zasługują także inne gry słowne, jak choćby homofoniczne zabawy w refrenie (“I want to celebrate / I want to sell you hate”). “Blank and White” wręcz emanuje energią i jest jednym z najlepszych szybkich numer(k)ów na płycie. Aż chce się słuchać tego naprawdę głośno, zgodnie z zaleceniami samego Marilyna (“Let’s make sure the music is loud enough we won’t even hear it end”).
KOCHANEK W OBLICZU KOŃCA ŚWIATA – “RUNNING TO THE EDGE OF THE WORLD”
Na tak różnorodnym stylistycznie albumie nie mogło zabraknąć także miłosnej ballady – i takim właśnie utworem jest “Running to the Edge of the World”. To utrzymana w duchu “Disassociative” i “The Speed of Pain” kompozycja o ostatecznym zabarwieniu, co widać już w samym tytule. I mimo, że gdzieś tam, hen, daleko, jest nowy początek, to nie ma szans, by do niego dotrzeć… W tekście możemy również zaobserwować powrót Mansona do idei Celebritarian Corporation (“We don’t seek death / We seek destruction”) i odwołania do poprzedniej płyty zespołu, na której przecież dominowały piosenki o miłości (“Together as one / Against all others” – słowa te pojawiły się w końcówce teledysku do “Heart-Shaped Glasses”). Jeśli chodzi o dźwiękową stronę kawałka, to instrumentalna lekkość może trochę mylić, bo “Running…” naprawdę ma pazur, choć z początku dość irytujący może być sposób, w jaki ten pazur się objawia. Ostre wstawki w najspokojniejszym fragmencie utworu potrafią wybić słuchacza z klimatu. Pozbawiona takich niespodzianek jest za to wersja wersja alternatywna. “Running to the Edge of the World” to bez wątpienia jeden z najlepszych i najbardziej przemyślanych utworów na płycie.
SERYJNY MORDERCA TAŚMY FILMOWEJ – “I WANT TO KILL YOU LIKE THEY DO IN THE MOVIES”
“I Want to Kill You Like They Do in the Movies” to utwór o długości trwania proporcjonalnej do długości jego tytułu. Trwa bowiem 9 minut. Nie jest to łatwa w odbiorze piosenka, lecz nie ma co liczyć na zagmatwaną muzykę pokroju math rocka czy metalu progresywnego. “I Want to Kill You…” jest utworem “filmowym”, nie tylko z racji tytułu. Dźwięki w tle świetnie podbudowują ten klimat. Jeśli miałbym wskazać, co najbardziej mnie w IWtKYLTDitM urzekło, pewnei byłyby to momenty, w których Marilyn coraz bardziej zawodząco powtarza “cut, cut, cut, cut”. Jestem też bardzo ciekaw oryginalnej, ponoć 25-minutowej wersji utworu – mogłaby przecież być ścieżką dźwiękową do niejednego krótkometrażowego filmu o zabijaniu…
NIEPOPRAWNY NAŁOGOWIEC – “WOW”
O ile “I Want to Kill You Like They Do in the Movies” potrafiło wpędzić w trans, to następujące po nim “WOW” wzbudzać może uczucie, że przedawkowaliśmy. Nieważne, co, byleby poniewierało. Industrialne dźwiękowe “góry” i “doły” są naprawdę tak zeschizowane, że mamy wrażenie, jakby w tym jednym utworze skondensował się cały klimat “Smells Like Children”, “Mechanical Animals” i “The Golden Age of Grotesque”. Na domiar tego jeszcze pojękiwania niemieckiej dziwki w tle i absurdalny tekst, który w punkcie kulminacyjnym opisuje niewiarygodnie niewiarygodną niewiarygodność (sic!). Że niby bełkot? A kto by się spodziewał jakiegoś głębokiego, ambitnego tekstu w TAKIEJ piosence…
KOLEKCJONER LALEK – “WIGHT SPIDER”
Po “WOW” z głośników zaczyna płynąć kawałek o wiele bardziej “normalny”, czyli “Wight Spider”. Konkretne intro sprawia, że zaczynamy liczyć na świetny, ciężki kawałek, który nas wgniecie w ziemię, a chwilę potem… czujemy się zawiedzeni. To trochę mocniejsza i szybsza wersja utworu numer 8. I tu nawet nie chodzi o to, czy “Wight Spider” jest złą piosenką, czy nie, ile w tym winy/zasługi Mansona, okazjonalnie grającego tu na gitarze etc., a o zmarnowany potencjał. To czyni dziesiątą ścieżkę najsłabszym momentem na “The High End of Low” (trochę lepiej jest z wersją alternatywną – tam przynajmniej intro nie robi słuchaczom wielkich nadziei)…
ZAGUBIONY CYRKOWIEC – “UNKILLABLE MONSTER”
…Lecz już chwilę później w ramach rekompensaty otrzymujemy “Unkillable Monster”. W czasach, gdy co drugi zespół rockowy dorabia się łatki “indie” czy “alternative”, ten utwór gwarantuje nam to, czego wśród mainstreamu brak – klasyczne, chwytliwe gitarowe granie. Prosta gra perkusji, zgrabny riff i wyjątkowo przyjemny dla ucha wokal… Zalet tego świetnego numeru nie neguje nawet jego tekst, który nie każdemu musi się spodobać (motyw jadowitej miłości nie jest już pierwszej świeżości, ba, to chyba nawet nie jest dziesiąta świeżość). Przydałby się jeszcze co najmniej jeden taki porządny hit na tej płycie.
PATRIOTA PEŁNĄ GĘBĄ – “WE’RE FROM AMERICA”
“We’re from America”, czyli pierwszy utwór z nowej płyty, jaki można było oficjalnie usłyszeć, tak jak “Arma-goddamn-motherfuckin-geddon” również zdążył się “osłuchać” i nie wprawia już w zachwyt (zakładając, że kiedykolwiek to robił). W przeciwieństwie jednak do “Armageddonu”, ta piosenka, będącą satyrą na kraj i naród naszych “przyjaciół zza Oceanu”, ma większą siłę przebicia niż ciągłe pierdolenie wszystkiego. Choć tekst nie jest zbyt wyszukany i opiera się na ciągłych powtórzeniach, to muzycznie “We’re from America” rzeczywiście może się podobać. Narastające napięcie w intrze, chłodny wokal w zwrotkach, darcie mordy w refrenie… Typowe Marilyn Manson. I właśnie ta typowość w tym utworze mi się podoba.
LUCYFER Z OBCIĘTYMI SKRZYDŁAMI – “I HAVE TO LOOK UP JUST TO SEE HELL”
W trzech ostatnich utworach na “The High End of Low” ponownie (wcześniej – np. w “Four Rusted Horses”) mamy okazję zauważyć główny koncept albumu – nie jest może tak wyraźny, jak miało to miejsce w przypadku Tryptyku, ale nie jest też wcale tak tragiczny, żeby o nim nie wspominać. “I Have to Look Up Just to See Hell” rozpoczyna się od intra, w którym słyszymy przerażający wrzask lecącego w dół na łeb, na szyję Lucyfera, po którym wchodzi już właściwa piosenka. A ta jest dość… nieprzeciętna. Instrumenty zdają się swoją grą drwić zarówno z upadłego anioła, jak i ze słuchaczy. Wokal również aż drży od ironii, którą jest nasycony. Pojawiające się w pierwszej zwrotce słowa “We have reached the high end of low” nakierowują nas na to, jak właściwie interpretować tytuł albumu – z wielki mprzymrużeniem oka. “I have to Look Up Just to See Hell” mimo wszystkich swoich zalet, w tym wspomnianej wyżej “nieprzeciętności”, nie przypadło mi jakoś szczególnie do gustu. Czegoś – sam nie mam pojęcia, czego – w tej piosence mi brakuje, nawet jej wersja alternatywna to wciąż “nie to” (choć warto wyróżnić motyw pojawiający się w tej wersji m. in. w intrze – ta partia gitary kojarzyć może się z co lepszymi balladami Metallici). Dotychczas utwory tytułowe należały do moich ulubionych kawałków z kolejnych płyt zespołu (może oprócz “Eat Me, Drink Me”), w przypadku “The High End of Low” ta zależność się jednak nie wypełnia.
PIROMAN-SAMOTNIK – “INTO THE FIRE”
“Into the Fire” wzbudza zainteresowanie od samego początku. Pojawia się tu bowiem pianino (gra na nim Ginger Fish), idealnie podkreślające klimat utworu. A ten jest niezwykle dramatyczny, bo muzykę uzupełnia wręcz antymiłosny tekst. Zauważalna jest ewolucja osoby frontmana zespołu, jaka dokonała się na przestrzeni ostatnich kilku lat. “Eat Me, Drink Me” rozpoczynało się wampirycznym utworem, napisanym w Boże Narodzenie Anno Domini 2006. “The High End of Low” natomiast początkowo (dogranie “15″ było decyzją podjętą pod wpływem impulsu) kończyło się skomponowaną pod koniec zeszłego roku balladą, w której tekście w miejsce wampirów pojawiają się ich kanoniczni wrogowie – wilkołaki. “Into the Fire” opatrzone jest porządną solówką. Jestem jednak daleki od piania nad nią z zachwytu, co robi przy każdej nadarzającej się okazji Manson. Utwór kończy się powtarzanym wielokrotnie wersem “Into the fire” – a słuchający ma dziwne przeczucie, że nie odnosi się to tylko do historii przedstawionej w tym utworze. Zniszczeniu poprzez spalenie ulegają też poprzednie wcielenia Mansona.
CZŁOWIEK Z KRWI I KOŚCI – “15″
Resztki dawnych alter-ego Brian Warner wyrzuca do śmieci w utworze wieńczącym “The High End of Low” – “15″. Dla ludzi niezapoznanych z twórczością Marilyn Manson – śmiesznie banalny tytuł. Dla fanów zespołu – oznaka czegoś wyjątkowego. Do tej liczby wokalista nawiązywał już przecież wielokrotnie, zwłaszcza przy okazji płyty “Mechanical Animals”. Piątego stycznia (co wg amerykanskiego standardu zapisywania daty wygląda tak: 1/5) chwyta za mikrofon w celu podsumowania wszystkiego, czego dokonał odkąd przyjął pseudonim artystyczny. Z jego ust płyną słowa, które narodziły się w sercu – pełna improwizacja. Słyszymy w jego głosie porażającą szczerość. Po dwudziestu latach od założenia zespołu, a piętnastu od wydania pierwszego studyjnego albumu, wie on już, co chce nam przekazać. Podsumowując dotychczasowe życie, zaczyna nowe, podczas gdy słuchającym raz po raz po plecach przebiegają ciarki. Po czterech i połowie minuty utwór kończy się, a my wciąż słyszymy słowa ostatniej linijki tekstu. “I’ll teach you about loss”…
AGENT O STU TWARZACH
Jak więc mogę podsumować ten niezwykle zróżnicowany (ale nie eklektyczny!) album? Dla mnie “The High End of Low” to płyta, na której Manson staje się Dantem XXI wieku – lecz jego wędrówka po zaświatach wygląda zgoła inaczej. Zakazany w Niebie, udaje się do Piekła, gdzie okazuje się być bezużyteczny. Zostaje strącony na samo dno, gdzie nie ma już nic. Udaje mu się jednak od tego dna odbić i wrócić na Ziemię… Najnowsze dziecko zespołu Marilyn Manson wraz z końcem ostatniego utworu stawia przed fanami ważne pytania. Po tak dojrzałym albumie, na którym lider grupy rozlicza się ze swoją przeszłością, a jego towarzysze pomagają mu zdmuchnąć świeczki z wszystkich jego frankensteinów, czego nie udało się dokonać jego byłej partnerce życiowej, Evan Rachel Wood, a o co prosił on ją w pochodzącym z poprzedniej płyty utworze “Putting Holes in Happiness” – czy jest jeszcze szansa na dalszą twórczość? Czy obecna trasa koncertowa jest ostatnią? Czy możliwy koniec działalności pod szyldem “Marilyn Manson” może oznaczać nowy projekt – przecież “15″ jest mimo wszystko optymistyczną piosenką? Odpowiedzi na te pytania zna co najwyżej sam Manson. Fanom natomiast pozostaje zaprzestać przestać gdybania, bo jakakolwiek by nie była przyszłość ulubionego zespołu, wydał on niedawno nowy materiał i to na nim należy się skupić. Właśnie po to czekaliśmy dwa lata, nieprawdaż? W każdym bądź razie, jedno jest oczywiste – “The High End of Low” to album na tyle przemyślany, że można o nim napisać jeszcze bardzo dużo…
Mirosław “Slav” Szmaj

Wykorzystałeś konwencję, którą sobie zakładałem ale niestety nie miałem czasu. Gratuluję wygranej
Świetny tekst! Gratuluję jak najbardziej zasłużonej wygranej!
Bardzo fajny tekst i ciekawa interpretacja
Gratuluję wygranej!