The High End of Low (by Panicz)

Czy ?The High End of Low” oznacza koniec industrialowego grania Marilyn Manson?
Po 2 letniej przerwie pojawia się nowy, siódmy longplay Marilyn Manson, szokującego, rockmana, który w swoim dorobku ma takie wieloplatynowe wydawnictwa jak ?Antichrist Superstar” czy ?Mechanical Animals”. Nowa płyta jest też powrotem, po 7 letniej rozłące, basisty – Twiggy Ramirez’a, który tym razem grał pierwsze ?skrzypce” przy tworzeniu albumu. Jego partie gitarowe są znakiem wodnym tego wydawnictwa, nota bene zdominowanego przez miłosne ballady. Po krótce ?The High End of Low” może być określona jako próba rehabilitacji Mansona po jego ostatnich nieudanych związkach. Po jej przesłuchaniu Manson jawi się osoba z uczuciami, pragnąca miłości i akceptacji. Pokazuje bardziej ludzką, choć w pewien sposób wynaturzoną, twarz.
Jak przedstawia się zawartość albumu? Płyta rozpoczyna się morderczo-samobójczą balladą ?Devour”, której towarzyszy przyjemne brzdękanie gitary. Po nim wdziera się bezkompromisowa ? Pretty As a Swastika”, ulubiona piosenka Mansona, która brzmi jakby została nagrana w garażu. Następna, ?Leave a Scar” to najlżejsza i zarazem najbardziej popowa kompozycja, która prawie na 100% będzie drugim singlem i raczej spodoba się szerszej publiczności. ?Four Rusted Horses”, utrzymany w bluesowym stylu, to rzekomo najbardziej reprezentatywny utwór całej płyty, a który przypomina mi indiańską pieśń, chyba ze względu na zawodzenie Mansona. Na płycie znajdziemy też trzy, albo tylko trzy, ostrzejsze kawałki, mianowicie ?Arma-Goddamn-Motherfucking-Geddon”, promowany jako drugi ?mOBSCENE”, ?Blank and White” i ironiczna krytyka pt. ?We’re From America”. Prawdziwą perełką jest piękna i szczera ballada ?Running To The Edge Of The World”, w której można odnaleźć najlepsze akcenty z ?Mechanical Animals” a w szczególności z bliźniaczej ?The Last Day on Earth”. Warto też wsłuchać się w rytm hipnotycznego ?I Want To Kill You Like They Do In The Movies”, w którym Manson z pasją śpiewa o swoich psychopatycznych fantazjach. Jeśli zaś chodzi o ?Into The Fire” i ?15″ to zaskoczą nawet największego krytyka umiejętnościami wokalnymi Marilyn Mansona.
Czy jednak czegoś ?The High End of Low” nie brakuje? Tak, brakuje tego cechowało poprzednie albumy – standardów, które Manson sam sobie narzucił. Brakuje tu spójności między utworami, która charakteryzowała, np. ?Holy Wood” czy ?Antichrist Superstar”. Piosenki z ?The High End of Low” wydają się być oderwane od siebie. Nie znajdziemy tu całej filozofii i mistyki, która kiedyś sprawiała, że nowa płyta Marilyn Manson oznaczała nową erę. Co mnie też bardzo zasmuciło to brak identyfikacji całościowej, która była charakterystyczna dla Mansona – mam na myśli np. logo, które pojawiało się niemal wszędzie, stroje i rekwizyty, które były znakiem rozpoznawczym Marilyn Manson. Jednak najbardziej brakuje mi industrialowo-rockowego brzmienia, mnóstwa odłosów w tle i mocnego uderzenia gitary, bębnów i klawiszy, którymi uraczył mnie na ?Holy Wood” i ?The Golden Age of Grotesque”. ?The High End of Low” z pewnością spodoba się krytykom a także osobom, które zaczynają przygodę z Marilyn Manson. Mimo, że nie powinienem porównywać jej do innych albumów, bo w końcu zmiana stylów muzycznych i ciągły rozwój to cecha charakterystyczna Marilyn Manson, to jednak brakuje mi starego, wściekłego Boga Jebania i Antychrysta, jakim był w czasie ery ?Antichrist Superstar” i ?Holy Wood”.
– Kamil Sterniczuk a.k.a. Panicz
