The High End of Low (by Dilek)
Wyróżnienie w konkursie strony Celebritarian.pl na recenzję albumu The High End of Low.

Piętnaście Dziwnych Historii
?DEVOUR”
Nagle wyszło słońce. Promienie światła przedostawały się przez gęste chmury. Świat wydawał się być puszczony w przyśpieszonym tempie. Mimo tego dźwięki płynęły niezwykle spokojnie. Ciemność i mrok zniknęły, a pojawił się uśmiech i optymizm. Delikatność i wzruszenie. Na chodnikach znajdowały się wciąż małe kałuże, z przynajmniej dwóch poprzednich dni. Z dachów wieżowców padały jeszcze krople, po ostatnim krwistym deszczu rozpaczy.
Czyżby zaczęła się era eudajmonii? Nie!
Spokojne dźwięki dostające się do moich uszu niespostrzeżenie zamieniły się w agresywne, dynamiczne i pełne dumy hałasy. Chmury znów zakryły życiodajne słońce, a krople spływające po rynnach wycofały się z powrotem na dachy miejskich budynków. Co świadczyło o tym że, w ówczesnej erze nie braknie miejsca na dzikie, mroczne, poplamione krwią i błotem wymieszanym ze spermą antychrystów, wyprawy w znane i nieznane muzyczne krainy. Mimo wszystko panowała w tym wszystkim ukryta nutka optymistycznego podejścia do pesymistycznego problemu. Gdy wydawało się że to koniec, gwiazda dnia znów zaświeciła… kałuże krwi zniknęły, a krople na rynnach wysokościowców wyparowały. Wszystko skończyło się nagle, przejęte przez następny zwrot akcji. Te niespodziewane wiraże fabuły napełniły mnie potężną energią, która zbudziła we mnie wiarę w mojego ulubionego artystę! [8/10]
?PRETTY AS A SWASTIKA”
Po gwałtownym zakończeniu poprzedniego utworu, przyszedł czas na intensywną dysproporcję.
Bez harmonii , współbrzmienia, równowagi i jedności, na spokój ?pożeracza” nadepnął uparty, surowy, pozbawiony kompromisów kawałek. To właśnie dzięki takim dźwiękom ludzie świętej pamięci się budzą, a ciężkie chmury przepełnione gromami, rzucają cień nawet na najbardziej rozpromienione miejsca we wszechświecie. Z bystrością błyskawicy, hałaśliwe dźwięki mkną w kierunku moich uszu rozdrapując blizny, powstałe w dziewięćdziesiątym szóstym roku.
Zanim z moich ran poleciała krew , zbrodnicze hałasy umilkły. Teraz martwi ludzie mogą znowu pomalutku położyć się do swoich zgrzybiałych trumien żeby, zasnąć słysząc dźwięki następnego dzieła zniszczenia obleczonego w złudną optymistyczną foniczną barwę. [7/10]
?LEAVE A SCAR”
W życiu każdego człowieka nadchodzi taka chwila, kiedy wszystko się zmienia. To czym byliśmy kiedyś przekształca się w zupełnie coś innego. Nasze poglądy i nasze myśli okrasza się w totalnie sprzeczne kreacje. Wywołane jest to zapewne ciągłym rozwijaniem się. To co bawiło i cieszyło nas za czasów naszej adolescencji teraz wydaje się nie odpowiednie lub infantylne.
Brzmienie ?Leave a Scar” właśnie takie jest. Na pierwszy rzut ucha wydaje się, że jest to kolejna typowa pogodna rockowa piosenka dla MTV. Ale kiedy damy się w nią wsłuchać, na pewno usłyszymy nieprzyzwoite, męczące, dramatyczne, podrażniające nasze wnętrzności jazgoty. To nic złego. Wielebny tylko przypomina dezerterom swojej religii kim jest. Marilyn Manson bez wątpienia dorósł. Udowadnia że, jego muzyka jest kawałem rzetelnego, rockowego grania. Akustyczne gitary przejęły kontrolę nad spektakularnymi, elektrycznymi brzmieniami nie tracąc na jakości i potencjale. Maestro po raz kolejny zaskakuje. [7/10]
?FOUR RUSTED HORSES”
Stabilny tętent , szkarłatne światło, bezsenność i agonia. Wszędzie pył i lament. W oddali wśród gęstej mgły, widać ludzi niosących trumnę z której przenika rozpaczliwy i pogardliwy śpiew. Twarda duma wydobywająca się z pokaleczonego gardła syna ciemności, wywołuje u mnie pewne współczucie. Lecz osoby trzymające na swych barkach ciężki sarkofag, obfitujący we wszelkie grzechy tego świata, bez krzty empatii idą dalej chcąc pozbyć się antychrysta. Takie skojarzenia wywołuje u mnie ten utwór.
Brzmi jak armia zbawienia, jak czołg strzelający współczuciowymi pociskami. Kompozycja jest piękna i jednocześnie brzydka ( Widać że, na ?The High End Of Low” kontrasty są najpoważniejszą dominantą). Piosenka jest czterema jeźdźcami apokalipsy, której rytm jest w pewnym sensie odliczaniem do końca świata. Wydaje się że, nie przypadkowo następnym utworem w kolejności na albumie, znalazł się Arma-Goddamn-Motherfuckin-Geddon. [8/10]
?ARMA-GODDAMN-MOTHERFUCKIN-GEDDON”
Szybko i nachalnie następuje Armagedon. Bez zbędnego pieprzenia wbija się w nasze głowy poprzez ciężki bas i agresywną linię melodyczną. Piosenka niszczy znane wszystkim szarym obywatelom tego świata, konwencjonalne środki podejścia do muzyki rozrywkowej. Manson znowu przypomina że, jego twórczość jest abstrakcyjną alternatywą dla przebojów znanych z różnych popularnych rozgłośni radiowych. Satyryczny urok piosenki wymieszany ze splamionymi i wyniszczonymi dźwiękami daje naprawdę bardzo dobry efekt. [8/10]
?BLANK AND WHITE”
Lekceważącą wokalistyką zaczyna się kolejny utwór. Dynamicznie i ostro, zwariowanie mknące melodie przypominają to co Manson robił kiedyś najlepiej. Totalne szaleństwo i demolka. Przed oczyma stają mi obrazy niepomalowanych, brudnych i spękanych murów. Gdzie niegdzie zaniedbane witryny sklepowe, niszczone kijami bejsbolowymi przez prawdziwie zbuntowane dzieciaki z zawiązanymi na twarzy bandanami. Piosenka swą formą wydaje się być kierowana do młodocianych morderców bijących żelaznymi prętami przypadkowych ludzi . Tak szaleńczego grania już dawno nie było dane nam słyszeć. A zwłaszcza słuchając płyt Marilyn Mansona. [7/10]
?RUNNING TO THE EDGE OF THE WORLD”
Pada śnieg, gdzieś w oddali na niebosiężnej górze, stoi piękna dama odziana w bordowy prochowiec. Jej szalik pod wpływem wiatru wywija się na wszystkie strony, tak jakby próbował wskazać mi drogę. Zamarznięte łzy kobiety i spuszczony wzrok sprawia że, idę w jej kierunku. Tumany śniegu i silny wiatr wywracają mnie co kilka kroków. Widzę że jestem już blisko. Dostrzegam zimno-niebieskie oczy niewiasty. Jeszcze tylko parę kroków.
Uśmiechnęła się. Jestem już przy niej. Stoimy na krawędzi urwiska którego nie dało się zobaczyć z daleka. Nasze usta się zbliżyły. Poczułem jej mroźny oddech i szkliste policzki. Nagle… Skoczyła! Zniknęła we mgle. Nie ma już miejsca na rozlewającą się krew.
Spokojne uderzenia w bębny perkusji prowadzą gitarę akustyczną, wspomaganą przez skrzypki i rozpaczliwe zawodzenie Mansona. Dzięki takiemu zestawieniu, przed oczyma mam właśnie takie obrazy. Najpiękniejsze sześć minut na ?The High End Of Low”. [10/10]
?I WANT TO KILL YOU LIKE THEY DO IN THE MOVIES”
Świat jest pogrążony w roju komercyjnego gówna. Nie ma co ukrywać. Nastąpiła era higienicznych ścieków przypominających konsystencją ludzkie nasienie. Świat potrzebuje bohatera który uwolni łyse małpy z hipnotycznego działania fajerwerkowych efektów specjalnych. Najbardziej przerażające jest to że, ci którzy chcą walczyć przeciwko wysypowi przygłupiego człowieczeństwa, grającego muzykę niskich lotów, sami siedzą pod ziemią i napierdalają bezsensownie w swoje pudła z cięciwami, niczego arcyciekawego nie wnosząc do świata muzyki. Aż tu nagle jeden kowboj ze stanów wyrusza w podróż ze swoim ?I Want To Kill You Like They Do In The Movies” do padołu ziemskiego próbując wystrzelić ten kawałek na pierwsze miejsca list przebojów. Marilyn Manson chce bowiem aby ten utwór był singlem promującym ?The High End Of Low”.
Stanowczo muszę stwierdzić że, ta paranoidalna, hipnotyzująca i niekonwencjonalna piosenka zupełnie się nie nadaje aby uszczęśliwić zwykłych, szarych widzów MTV. Takim podejściem do sprawy Manson udowadnia że, nie jest tym na kogo patrzył krytycznym okiem za czasów płyty ?Mechanical Animals”.
Długi, monotonny i prawie w ogóle nie zmieniający się kawałek, z krzykami, zgrzytami i hałasami z ciągle powtarzającym się tekstem, mógłby się wydawać koszmarnie nudny. Jednak ten hymn dziwaczności ma w sobie nieopisany potencjał. Jest to walec który, bez kompromisów rozjeżdża ?Para-Noir” czy ?Crucifiction In Space”. Zwały egzotycznych krzyków Marilyna Mansona przyprawiają o ból potylicy i omamy. Mimo wszystko, drzemie w nim obca siła, dzięki której słuchamy go do końca. I na dodatek chcemy go więcej. [9/10]
?WOW”
Mocny, przesterowany bas. Sekcja rytmiczna do złudzenia przypominająca ?Closer” zespołu Nine Inch Nails. Wymieszane to wszystko razem z pokracznymi, zdziecinniałymi i totalnie pokręconymi skrzypami. Na myśl przychodzi tylko jedno zdanie: ?Weź to kurwa wyłącz!”. Marilyn Manson nie nagrał takiej piosenki już od dziewięćdziesiątego szóstego roku. Kiedy podobny klimat trzymała piosenka ?Wormboy”.
Zupełne indywiduum na płycie. Kiedy przychodzi moment wyciszenia, a wkrótce Manson zaczyna podśpiewywać ?When something is unbelievable when I’m not able to believe I’m unbelievably unbelievable[...]” sam zaczynam rymować razem z nim. I Nie ważne gdzie się znajduje w danej chwili. Zawsze jest czas na śpiewanie”[...] unbelievably unbelievable[...]“.[8/10]
?WIGHT SPIDER”
Niebieskie światła, zimne pomieszczenia i spowolnione tempo. Tak bym określił ten utwór. Perkusja wydaje się być umieszczona w głębokiej studni. Jej echo przechodzi przeze mnie niczym lodowy pocisk. Na prawdę bardzo mocna część płyty. To jest chyba to, o czym Marilyn Manson mówił że, jest twarde jak kutas Twiggy’iego. Przy czym znów budzą się wspomnienia z minionych lat kiedy nałogowo słuchałem ?Valentine’s Day” czy ?Antichrist Superstar”. Taka spowolniona żwawość nadaje jeszcze bardziej nie oświetlonego i diabolicznego klimatu. [7/10]
?UNKILLABLE MONSTER”
Chyba najbardziej rozkoszny moment na albumie. Gdy pierwszy raz usłyszałem o tym tytule, liczyłem bardziej na coś w stylu ?Dope Hat” niż na ?They Said That Hell’s Not Hot”. Ale piosenka naprawdę wgniotła mnie w asfalt! To moment oddechu… moment na poskładanie myśli. Bardzo dobrze się stało że, na ?The High End Of Low” znalazło się miejsce na taki utwór. Słuchając ?Unkillable Monster” przed oczyma mam pozytywne, pomarańczowe, wieczorne słońce, nie przysłonięte przez żadne chmury. A to chyba dobrze świadczy o utworze. Nawet jeżeli śpiewa go najbardziej znany “antychryst” świata. [9/10]
?WE’RE FROM AMERICA”
No dobrze… Po rozczuleniach i wzruszeniach, przyszedł czas na kolejny kopniak w tyłek. Jednolicie brnące tempo, niepozwalające się zatrzymać sprawia że, wszyscy wstają. Piosenka akumulator, napełnia niepoprawną energią prowokującą do destrukcyjnych myśli i czynów. Momentami, gdy siedzi się przy biurku i popija słodką kawkę z mlekiem i wiesz że, nie możesz wstać bo musisz ciężko pracować siedząc na dupie… rzeczywiście utwór może nudzić. Może się wydawać monotonny, lakoniczny i bez barwy. Cholera… ale nie po to, on został stworzony i nagrany. Wyobraźcie sobie tę kolebkę jazgotów na koncercie. Myślę że, po tej piosence wszyscy nie będą mogli złapać oddechu. [8/10]
?I HAVE TO LOOK UP JUST TO SEE HELL”
Schodzimy w dół. Na samo dno. Do miejsca gdzie lawa to kawa, tam gdzie diabeł tańczy can can’a. Słychać tam mnóstwo jęków, płaczu, przerażenia. Dziwaczne i nieokreślone kociokwiki dominują nad błaganiem i żalem za grzechy. Piosenka nawet w formie muzycznej to obraz piekła. Jest niesamowicie niespokojna. Szokująco przerażająca. Zdaje się że, ktoś przywiązał Mansona do stalowego koła, zaczął nim kręcić i kazał śpiewać. Znów do głowy przychodzą mi skojarzenia ze znanymi już utworami artysty. Chociażby ? I Put A Spell On You”. Też panowała tam podobna aura voodoo i tajemniczości. Dzieło warte polecenia, chociażby z tego względu żeby, usłyszeć ile jeden człowiek może wydać z siebie dźwięków. [8/10]
?INTO THE FIRE”
Wbrew pozorom nie pada deszcz. To bardziej coś w stylu wolno przelatujących kruków. Uspokajające pianino i wygenerowane przez komputer syntetyczne skrzypce. Tak zaczyna się przedostatni utwór znajdujący się na najnowszym albumie Marilyna Mansona. Cóż, ośmielę się stwierdzić iż, jest to jedna z najbardziej dumnych i pięknych piosenek jakie kiedykolwiek dane mi było usłyszeć. Mimo tego że, Manson śpiewa tak jakby zjadł coś niedobrego, piosenka ma klasę. Zwróćmy uwagę na potężne gitarowe solo przypominające wielorybi śpiew. Ja nie chcę aby ono się kończyło. O stokroć przebija solówkę zagraną przez Tim’a Skold’a w ?Putting Holes In Happiness”. Spokojnie piosenkę można puścić uprawiając seks. Myślę że, naszemu partnerowi wcale by nie przeszkadzało zawodzenie umalowanego, czterdziestoletniego mężczyzny. A, piosenka ma taki potencjał że, mogła by pozytywnie wpłynąć na najbardziej czuły męski organ. Znakomita alternatywa dla wiagry. I to dużo bardziej zdrowsza! [9/10]
?15″
Zupełnie inny klimat niż ten który panował w poprzednich czternastu piosenkach. Inaczej zmiksowany wokal, zupełnie inna konwencja. Tak jakby ten utwór miał znaleźć się na innym albumie. Jest bardzo delikatny w zwrotkach i bardzo silny w refrenach. Wypełniony szeregiem niepasujących do siebie dźwięków w jakiś dziwny sposób scala je razem tak że, wcale to nie razi. Znakomite i wysublimowane zakończenie płyty. [8/10]
PODSUMOWANIE
W prawdzie nie spodziewałem się albumu zahaczającego klimatem do takich znakomitości w dyskografii Marilyna Mansona jakimi są np. ?Mechanical Animals” czy ?Holy Wood”. Może nawet nie chciałem aby tak było. Jednak na tym long play’u znalazło się dość dużo z tego co było dawane nam w przeciągu kilkunastu lat świetności artysty. Nic w tym złego. Nie ma tu miejsca na kopię samego siebie. Wydaje się po prostu że, Marilyn powrócił do tych lat kiedy wena tryskała z niego niczym sperma z penisa nastolatka. Myślę że, powrót Twiggy’ego obudził w Mansonie wulkan pomysłów którego lawa wkrótce wylała się na ?The High End Of Low”.
Ocena albumu – [8/10]
– Kamil Gacek a.k.a. DILEK

Naprawdę świetna recenzja, jestem pełen podziwu… Niezwykle plastyczna, “sprawna” słownie niczym świeżo naoliwiona machina. Widać, że “czujesz” tę płytę bardziej niż ja te ze szczytu mojej listy ulubionych, a jestem człowiekiem naprawdę mocno przeżywającym muzykę. Kupa dobrych pomysłów i szczerości (jak w “15″…), co daje bardzo dobre oddanie atmosfery płyty i poszczególnych utworów na niej – wspaniała robota!
Bardzo dziękuję wyróżnienia! Slav, dzięki za pochlebne słowo
Pozdrawiam
Bardzo dobra praca. Lepsza od mojej zdecydowanie. ALE I TAK GRATULUJE