Arena, Poznań (2003)

Support: Wrinkled Fred
Liczba widzów: 2,5-3,5 tys.
Strona koncertu na Lastfm
Setlista:
1. Thaeter (Intro)
2. This is the New Shit
3. Disposable Teens
4. Irresponsible Hate Anthem
5. Use Your Fist and Not Your Mouth
6. Great Big White World
7. Rock is Dead
8. mOBSCENE
9. Tainted Love
10. Para-Noir
11. The Dope Show
12. (s)AINT
13. The Golden Age of Grotesque
14. Doll-Dagga Buzz-Buzz Ziggety-Zag
15. Sweet Dreams
16. The Fight Song
17. The Beautiful People
Wiadomość o drugim koncercie Mansona w naszym kraju spadła na polskich fanów dość niespodziewanie pod koniec marca 2003 roku — w momencie kiedy trasa koncertowa zespołu była już ustalona. Tym razem jednak sytuacja przedstawiła się zupełnie inaczej niż za pierwszym razem. Mimo oczekiwanej fali protestów nastąpiła podejrzana cisza. Mało tego, koncert miał prawie zerową promocję, co koniec końcow odbiło się na frekwencji. Czy agencja Odyssey była aż tak pewna medialnego zainteresowania wydarzeniem? Jeśli tak, to poczuła gorzki smak w ustach. Polacy po Torwarze nauczyli się, że nie taki diabeł straszny i byli zwyczajnie niezainteresowani. A dziennikarze? Również nauczeni Torwarem dali po części za wygraną. Choć trzeba przyznać, że twarz Mansona na jednej z okładek Przekroju miło łechtała fanowskie serce. Dodatkowo, polskie oddziały stacji muzycznych VIVA i MTV zdecydowały się przeprowadzić z Mansonem wywiady, tak więc nie pozostaliśmy bez niczego.
Fani jechali na koncert już z innym nastawieniem, o wiele pewniejsi i bez stresu. Nie przestraszył nikogo nawet Ryszard Nowak z Ogólnopolskiego Komitetu Obrony przed Sektami, który ostrzegał w lokalnych mediach: “Dzisiaj, w związku z koncertem Marilyn Mansona, będzie bardzo dużo mszy satanistycznych. Spotkaliśmy się tutaj dzisiaj, by ostrzec rodziców i pedagogów przed puszczaniem dzieci na koncert satanisty” — wyjaśniał dziennikarzom zgromadzonym przed Areną. “Satanizm to narkotyki, alkohol, przemoc, rytualny seks. Należy wydać prawny zakaz propagowania satanizmu, a więc organizowania takich koncertów czy sprzedaży satanistycznych publikacji, muzyki, książek. Powinien to zrobić sejm” — kontynuował. “Manson jest specem od marketingu. Wiadomo, że na koncercie nie zabije kota, bo za to jest już paragraf. Ale tym bardziej jest groźny. W sprzedaży jest ponad 30 rytualnych kalendarzy satanistycznych, ze świętami, w które organizuje się orgie. Teraz też na pewno będzie dużo takich mszy” — ostrzegał. Nikt się szczególnie nie przejął.
Koncert supportu trwał bardzo krótko. Być może z powodu niezadowolenia fanów, którzy nie mogli doczekać się idola, lub też nie mogli znieść zawodzeń lokalnego nu-metalu. Oczekiwanie na Mansona przedłużało się standardowo, szturmując z minuty na minutę kręgosłupy, lędźwie, nogi. Ale koncert był bez wątpienia tego wart. Tak kolorowego i udanego spektaklu mało kto mógł się spodziewać. Być może wpłynął na to fakt, że dwa dni wcześniej zespół wystąpił na Rock Am Ring, który to okazał się być jednym z ich najgorszych koncertów. Już bez napięć przyjechali do Polski, aby pokazać widowni i samym sobie, że stać ich na dużo. I udowodnili to.
CGM.pl
Autor: Grzegorz Szklarek
Mam po tym koncercie bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony był to niewątpliwie dobry, momentami znakomity występ. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że Mr. Manson trochę zlekceważył polskich fanów. No bo jak wytłumaczyć fakt, że przerwa między występami supportu (przyzwoita grupa Wrinkled Fred, ale dlaczego grała tylko 20 minut?!) i gwiazdy wieczoru trwała blisko godzinę? Dlaczego koncert MM trwał zaledwie 70 minut? Nie da się ukryć, że w tym czasie na scenie działo się bardzo dużo, zarówno w warstwie muzycznej, jak i, hm, choreograficznej, ale nie tylko ja wychodziłem z imprezy zawiedziony długością trwania ’show’…
No, ale zostawmy narzekania i skupmy się na przyjemniejszych aspektach imprezy. Zwracam uwagę na znakomicie dobrany repertuar. Początek koncertu to prawdziwy huragan mocnych dźwięków. Zaczęli od “This Is The New Shit”, potem usłyszeliśmy “Disposable Teens” i “Irresponsible Hate Anthem”. Gdy chwilę później rozległy się pierwsze dźwięki “Tainted Love” publiczność była już w amoku. Marilyn Manson nie kombinowali z repertuarem, zdając sobie sprawę, że fanów do zabawy porwą najbardziej znane utwory wymieszane z numerami z nowej płyty. Dlatego też nie nikogo chyba nie zdziwiła obecność w repertuarze takich klasyków jak: “Dope Show”, “Sweet Dreams (Are Made Of This)”, “Rock Is Dead”, “The Beautiful People” czy “Great Big White World”. Z nowej płyty nie mogło zabraknąć “mOBSCENE”, “Use Your Fist And Not Your Mouth”, “The Golden Age Of Grotesque”, “Para-noir” i “Doll-Dagga Buzz-Buzz Ziggety-Zag”. Nowe kompozycje zabrzmiały jeszcze potężniej niż na płycie, wykonane zostały z niesamowitą pasją i wściekłością, a “Para-noir” przedstawione zostało w tak demonicznej wersji, że po plecach przechodziły ciarki.
Na słowa pochwały zasługuje wyjątkowa oprawa świetlna koncertu, ciekawa choreografia oraz występ dwóch skąpo ubranych statystek, które tańczyły ze sobą (“mOBSCENE”), udawały, że grają razem na pianinie (“The Golden Age Of Grotesque”) i stojąc na podeście umieszczonym na tyłach sceny biły w dwa duże bębny (“Disposable Teens”, “Rock Is Dead”). W kończącym koncert “Sweet Dreams” dziewczyny zaprezentowały ’show’ ociekający wyuzdanym erotyzmem, ocierający się momentami o pornografię…
Obecność na tym koncercie nie była stratą czasu, choć jeszcze raz powtórzę – pozostał niedosyt, że trwał on tak krótko.
Zespół jest bowiem w znakomitej formie, a fani (jakieś 2,5 tysiąca osób) także mieli ochotę na dalszą zabawę…
Wirtulana Polska — Marilyn Manson w Arenie: Skandalu nie było
Wycieczki na koncert grupy MARILYN MANSON powinny być wpisane w grafik zajęć na wydziałach reżyserii jako przykład świetnie stworzonego spektaklu. Nie ma co się czarować – MANSON “na żywo” to show pełną gębą. Kolejną grupą, która w ramach szkoleń zawodowych powinna uczestniczyć w koncertach zespołu są wszelkiej maści przywódcy, którzy mogliby potraktować je jako lekcję poglądową o tym jak zjednać sobie tłum i zapanować nad nim. Publiczność w czasie występu po prostu je MARILYNOWI z ręki (gwoli ścisłości pije, ale o tym później). Pan MM jest na scenie artystycznym kaznodzieją, a jego fani to wierni wyznawcy głoszonych przezeń idei, postaw, wartości, a przede wszystkim muzyki. W zamian za uwielbienie dostają potężną porcję rockowo-kabaretowej rozrywki.
Znów trzeba zacząć od tego, że jak to zawsze Polsce wszystko zaczęło się z dużym opóźnieniem. Szkoda nawet pisać, choć łudzę się, że takie napiętnowanie coś zmieni i dane mi będzie uczestniczyć w koncercie, który zacznie się punktualnie. Kilka minut po 20.00 na scenie pojawiło pięciu młodzieńców, ubranych w białe stroje. Wyglądali trochę tak jakby uciekli z zakładu dla obłąkanych. Chłopcy nazywali się WRINKLED FRED, o czym skrupulatnie przypominali zgromadzonym. Rozpoczęli delikatnie od słów ze standardu ‘Stand By Me’, by w chwilę później przejść do niemiłosiernego łomotu, który towarzyszył im do końca. Panowie wykonali łącznie pięć kawałków, w tym niezły ‘Get Wiser’ oraz przeróbkę hitu MADONNY ‘La Isla Bonita’. Wersja WRINKLED FRED niestety nie jest niczym odkrywczym, ot potraktowanie popowej piosenki w sposób metalowy z drobną modyfikacją tekstu na rzecz mniejszości seksualnych. Było krótko i bezboleśnie. Publiczność trochę się rozgrzała (a o to przecież chodziło) niestety wysiłek chłopaków został brutalnie zniweczony. WRINKLED FRED zeszli ze sceny o 20.35. Ich sprzęt został zwinięty w tempie wręcz ekspresowym. Sami muzycy pomagali technicznym, by uwinąć się jak najszybciej. Po niespełna 5 minutach nie było już śladu po polskim supporcie, ale też nie było śladu MANSONA. Strojenie i inne niezbędne przygotowania trwały godzinę(!!!), w czasie której (po raz kolejny), można było wysłuchać płynących z głośników dźwięków albumu ‘Mutter’ grupy RAMMSTEIN. Jednak w końcu przerodził się w klasyczny, symfoniczny utwór, ten z kolei w ‘Thaeter’, czyli intro z ‘The Golden Age Of Grotesque’ i zaczęło się przedstawienie.
Na widowni… zapaliły się światła! Na scenie pojawił się ON i pierwsze takty ‘This Is The New Shit’, na co spragniony tłum odpowiedział entuzjastycznym wrzaskiem. Wrażenie było piorunujące! Oświetlona masa ludzi krzyczała ‘Do We Get It? – NO! Do We Want It – YES!’ podczas, gdy MANSON dyrygował wszystkim z góry. Ubrany w czarny uniform, z zaczesanymi na lewą stronę włosami (długości ucha) Herr Doktor znajdował się wysoko nad tłumem stojąc na podwójnym, rozdzielonym schodami, podeście. Podest, perkusja oraz wiszące z tyłu transparenty ozdobione były charakterystycznym logo MM z ostatniej płyty. Jeśli ktoś widział film ‘The Wall’ ALANA PARKERA i pamięta scenę, w której PINK przemawiał do ludu może sobie wyobrazić jak wyglądał kontakt MARILYNA z publicznością. Można też mieć nieco bardziej odległe w czasie, acz bliższe geograficznie skojarzenia. W każdym razie co poniektórym włos mógłby się zjeżyć.
‘This Is The New Shit’, podobnie jak inne kawałki z ‘The Golden Age Of Grotesque’ rozebrane nieco z elektronicznych ozdobników nabrały na koncercie niesłychanej mocy. Dalej usłyszeliśmy ‘Dispossible Teens’, tym razem na podestach znaleźli się dwaj muzycy walący w ustawione przed nimi kotły. Obaj ucharakteryzowani jak pozostała część zespołu – blond włosy, czarne wdzianka. Z całą swą siłą wybrzmiało ‘Irresponsible Hate Anthem’ i ‘Use Your Fist And Not Your Mouth’. Kolejny utwór ‘Great Big White World’, z cudnym gitarowym intro, wzbudził ogromny aplauz publiczności. Po tej piosence nastąpił króciutki monolog BRIANA WARNERA – “I love all of you, but I’ll fuck only few”. Naturalnie, tłum był zachwycony. Ponownie skierowano światła na widownię i padło hasło “Let me hear you say ‘rock’”. “ROCK!” zagrzmiało w odzewie. “ROCK!ROCK!ROCK! ROCK!” i kilka tysięcy pięści skierowanych w stronę mistrza. Znów przypomniał się obraz PARKERA, albo … . Po tak zaintonowanym tekście mógł nastąpić tylko jeden utwór – ‘Rock Is Dead’. W zaistniałych okolicznościach słowa te zabrzmiały wyjątkowo przewrotnie, a kabaret dopiero miał się zacząć.
MARILYN w meloniku, na podeście dwie niewiasty w mundurach u góry i pończochowych “burdelówkach” na dole oraz gigantyczny neon ‘mOBSCENE’ … i wszystko było jasne. Dziewczęta, wymachując nogami i wyginając się na wszelkie możliwe strony, starały się jak mogły wypaść jak najlepiej, jednak z powodu kiepskiej synchronizacji do ‘Moulin Rouge’ raczej by się nie załapały. Na ‘Tainded Love’, które usłyszeliśmy chwilę później gospodarz częstował swoich gości (naturalnie tych w pierwszych rzędach) szampanem. Prawdziwym zaskoczeniem był kolejny utwór – ‘Para-Noir’. Scena spowiła się granatowym światłem i wdreptały na nią dwie siostry syjamskie. Kobiety licytowały się listą powodów dla których chciałyby (delikatnie sprawę ujmując) przespać się z MANSONEM, który w tym samym czasie, przykryty czymś na wzór długiej sukni, dość wymownie nabierał wzrostu unoszony na podnośniku. Sztucznie przedłużane członki pozostały na ‘The Dope Show’, kiedy to na głowy publiczności poleciało czerwone konfetti, a MM wymachiwał arcydługimi rękoma śpiewając do przymocowanego przy głowie mikrofonu. Dodatkowo MANSON wplótł w tekst słowo POLAND, przez co mogliśmy usłyszeliśmy “The drugs, they say, are made here in Poland”. Naturalnie, tłum znów był wniebowzięty. Szybki powrót do najnowszej płyty. ‘(s)AINT’, a dalej, ‘The Golden Age Of Grotesque’ z wykorzystaniem kontrabasu, klawesynu i saksofonu. Klawesyn obsługiwały dwie panie z wydatnymi biustami i szpetnym makijażem na połowie twarzy, z kolei na saksofonie swych sił (ze średnim rezultatem) próbował sam WARNER. Na ‘Doll-Dagga Buz-Buzz Zigety-Zag’ dziewczęta ponownie prezentowały swe uwodzicielskie talenty podrygując na podeście, trochę nie do rytmu, ale znaleźliby się tacy, którym się podobało. W końcu nastąpił wyczekiwany przez wielu moment – ‘Sweet Dreams’. Niski głos MARILYNA wręcz przeszywa na tym utworze, po którym nastąpił koniec części zasadniczej. Zgasły światła a na scenie pozostał tylko POGO wywijający na umieszczonym na sprężynie syntezatorze. Kurtuazyjne brawa i ostatnia odsłona kabaretowego show. Tym razem MANSON, ucharakteryzowany na Myszkę Mickey wjechał na scenie na olbrzymiej białej ambonie i powtórzył sztuczkę z “ROCK”! Tym razem publiczność skandowała “FIGHT! FIGHT! FIGHT!” i znów piąstki w górę. Jeszcze tylko ‘The Beautiful People’ i półtoragodzinny spektakl dobiegł końca.
Nie ma co ukrywać MANSON to perfekcjonista. Wszystko jest dopracowane i świetnie wyreżyserowane, a każdy gest zdaje się być częścią misternego planu. Do tego wszystkiego dochodzi świetna muzyka. Choć niewiele różniąca się od studyjnych oryginałów zaskakująca siłą i czystością wykonania. Jeśli ktoś spodziewał się bluźnierczych, szokujących scen mógł się rozczarować. MANSON w nowym wcieleniu jest znacznie bardziej subtelny w dwuznacznościach i podtekstach, którymi z lubością żongluje. Naturalnie dla tych, do których pop-kulturalna filozofia MM w ogóle nie przemawia najprawdopodobniej nawet po koncercie nie przekonaliby się do twórczości Herr Doktora, niemniej reszta będzie głosić ‘mOBSCENE (…) it’s better than the sex scene’.
















































Dlaczego nikt wtedy nie nagrywał ?
Bo wtedy nie było kamer