2012-01: V Magazine
Marilyn Manson
Foto: Hedi Slimane
Tekst: Elliott David
ANTYCHRYST, KTÓRY WPROWADZIŁ GOTYCKI EKSPRESJONIZM W MAINSTREAM I OTWORZYŁ OCZY ARMII PRZEDMIEŚCIAN, POWRACA Z BORN VILLAIN.
Boże. Od czego zacząć? Może od tego, że dwie minuty temu wcisnąłem play na dyktafonie, na którym nagrałem moją noc z Marilynem Mansonem, po czym wsłuchałem się w dźwięk ciszy, tak jakbym starał się zobaczyć wampira w lustrze. A może zacznę od 1995 roku, kiedy to wybiłem dziurę w drzwiach sypialni słuchając Smells Like Children, EP-ki, która została wydana pomiędzy jego debiutanką płytą Portrait of An American Family (1994) i przełomową Antichrist Superstar – wszystkie trzy wyprodukował uznany już wówczas Trent Reznor. Superstar pomógł wnieść punk i industrial w nową demoniczną domenę popowego surrealizmu, pigułki, którą masy łatwiej mogły przełknąć. Albo mogę też zacząć od faktu, że nowy album Mansona, Born Villain, wychodzi w lutym z ramienia Cooking Vinyl Records i własnej wytwórni Mansona o nazwie Hell, etc. Villain to pierwsza płyta Mansona od trzech lat, a jednocześnie ósma plyta studyjna i pierwsza, która zostaje wydana poza Interscope. Albo powinienem zacząć tam gdzie zacząłem: Bóg, za którego jest w zasadzie uważany Marilyn Manson, nie tylko przez legion jego wyznawców, ale niezliczoną ilość dzieciaków z lat 90-tych.
Marilyn Manson mieszka nad sklepem monopolowym w Hollywood. Miejsce należało do Billy’ego Zane’a, a Manson pierwszy raz odwiedził swój przyszły dom kiedy zawitał do Los Angeles i starał się przebić jako muzyk. Teraz jest to jego idealna nora: studio nagraniowe, sypialania wraz “bad girls room” (jakaś była łaźnia lub sauna, która jest teraz zamykana i odgrodzona dźwiękoszczelną szybą) oraz ogromna i wyciemniona przestrzeń, która służy za kino, bar, pracownię, kącik dla zgromadzonych. Tam właśnie Manson mnie prowadzi tuż po otwarciu metalowych (prawdopodobnie kuloodpornych) drzwi swojego domu. “Czego się napijesz?” – pyta. Mówię mu, że cokolwiek i dostaję pierwszy z serii wielu kieliszków absyntu. To, co dzieje się później jest trochę niejasne, ale piękne. Manson stoi wysoko na liście ludzi, z którymi chciałbym się spotkać i dogadaliśmy się na tyle dobrze, na ile pragnąłem tego w moich modlitwach do czarnych psów z piekła rodem. To oznacza dużo picia. A po technologicznej porażce mojego cyfrowego dyktafonu i po – wówczas nieznanej mi – niemożliwości nagrania przez mój analogowy dyktafon głębokiego, brzmiącego jak skrzypienie piwnicznych dzrwi głosu Mansona oraz całej płyty, której wysłuchaliśmy razem – postanowiłem oddać się przeznaczeniu. Więc będziemy musieli przejść przez moje totalnie nierzetelne wspomnienia z tej nocy.
Pierwsze zdania Manson wypowiada do mnie szeptem. Uklęka u mego boku, podczas gdy ja wtapiam się w ogromny czarny fotel. Kilkoro muzyków i przyjaciół siedzi na kolosalnej czarnej kanapie, naprzeciw wielkiej białej ściany, służacej prowizorycznie za ekran filmowy, na której widnieje histerycznie rozpłakana twarz Jeremy’ego Pivena. Oglądają wczesny screener I Melt With You, scenę, w której (uwaga spoiler) jakiś brodaty koleś goli brodę, po czym się zabija. Pamiętam, że napomknąłem o tym, że Wes Anderson zmonopolizował rynek goleniem-i-samobójstwem, ale Manson mówi, że jest jakiś rodzaj połączenia między usuwaniem włosów z ciała i natychmiastowością zgonu. Do tego jeszcze wrócimy.
W rogu tego pomieszczenia stoją niezliczone wielkie obrazy. Niezliczone, bo jest ich wiele, może trzydzieści, ale także dlatego, że są porozrzucane i leżą na stercie. Marilyn Manson to fenomenalny artysta, któego zdumiewające portrety są mrocznymi wersjami znajomych, frików, bękartów i tych, których kocha; to zapierające dech w piersiach studium mroku, uszkodzony cień piękna.
Siedzimy w jego studio nagraniowym i godzinami słuchamy jego płyty. Bawię się gitarą, na której skomponował Antichrist Superstar. Bawię się bronią. Pokazuje mi film, który Shia Lebouf wyreżyserował do tytułowego utworu z Born Villain. Manson był przez pewien czas nieobecny na scenie, pokazując się tu i ówdzie na różnych imprezach, ale generalnie pozostawał sam z dala od wszystkich, więc oczekiwałem, że będzie mnie traktował z pewnym dystansem, otaczając się fosą unikatowych, hermetycznych, ekscentrycznych i genialnych awangardowych dziwactw. Tak naprawdę jest ciepłym i cudownym człowiekiem. Może dlatego, że jesteśmy pokrewnymi duszami. A może jest tak naprawdę czułym geniuszem, jak to często go określano podczas jego najgorszych skandali i protestów ludzi. Pamiętam, że nie chciałem wychodzić. Pamiętam białą kotkę Lily. Pamiętam w chuj jedzenia z IHOP’a. Manson pokazał mi książkę podpisaną dla niego przez Huntera S. Thompsona, prezent, który dostał tuż przed tym, jak pisarz odebrał sobie życie. “Widzisz tę kukłę? Podnieś ją”. Na ziemi leży lalka w stylu manekinów do testów samochodowych, ma na sobie blond perukę, kilka raz odniesionych nie przez samochód i jest ciężka jak ja pierdolę. “Jest ciężka jak ja pierdolę” – prawdopodobnie stwierdzam. “Wypożyczam ją za 150 dolarów dziennie” – pamiętam ten tekst z racji tego, że to tak unikatowa i nieszkodliwie dziwna ekstrawagancja. Szczerze mówiąc pamiętam wiele niezwykłych cytatów, lecz naturalnie te, które przywołuję, są tymi, których nie mogę (nie chcę?) powtórzyć.
Co najważniejsze, pamiętam, że album jest nadzwyczajny. To bestia do tańczenia i pieprzenia, idealna dla tych powstańczych, buntowniczych czasów. Muzyka Mansona zawsze była idealną waleczną muzyką ['fight song'] dla stłamszonych i rozwścieczonych, dostrojoną perfekcyjnie do tonacji niepokojów pokolenia, ale tutaj jest dojrzalsza. I na pewno bardziej zdeprawowana, wskazująca na dzisiejszą manię na punkcie zbrodni na tle seksualnym i relacjonująca wojnę o nieocenzurowany internet, to jest na transparentność rzeczy niewłaściwych (jak okropne zbdornie ludzkości), a nie tych właściwych.
Manson mówi mi, że ostatnio maluje barwnikiem do tatuaży. Pytam się czy ma maszynkę do tauażu, a on mi ją wskazuje. “Użyjmy jej” – mówię. “Zacznijmy od brody” – odpowiada, nawiązując do mojej gęstej niedźwiedziej sytuacji, która potrzebowała wiele cierpliwości i sprowokowała wiele dziwacznych chwil. Przypominam sobie o wcześniejszej korelacji pomiędzy pielęgnacją i śmiercią. Wyciąga maszynkę do golenia. I wówczas moje marzenie o Marilynie Mansonie, który rusza na mnie z żyletką, spełnia się.
Oryginalnie w: V Magazine, styczeń 2012
Tłumaczenie: Michał Szyksznian
2012 Celebritarian.pl

Oryginalny artykuł na stronach V:
http://www.vmagazine.com/2012/01/marilyn-manson/
nie wiem co mam o tym myśleć ..hmmmmmmmmmm
Nie podoba mi sie ten artykuł. Zwykłe opowiadanie, które sam mógłbym zmyślec, aczkolwiek zdaje sobie sprawę, że jest to prawda. Wolałbym wywiad, w którym poznałbym zdanie Mansona, nie jakiegoś prozaika. Ogólnie autor chciał dodac troche mroku, lecz stało się to niespójne, bo w końcu nie dowiedziałem się co takiego Manson mu szeptał na samym początku, a wątpie by było to coś osobistego. O albumie też niewiele nowości, ale zawsze coś. To moje zdanie.
W ostatnich latach pojawiło się sporo takich artykułów. Dziennikarz zawsze wkracza do mrocznego domu Mansona i jest zadziwiony jego światem. Dla fanów to niby fajnie, bo mogą poczytać o ekstrawagancjach MM z perspektywy różnych oczu – ale nie zmienia to faktu, że te artykuły robią się podobne. No i nie oszukujmy się – Manson już nie dostaje tyle miejsca w mainstreamowej prasie ile dostawał niegdyś. Tak więc fakt, “zawsze to jednak coś”.
Ale! Zobaczymy jak o promocję zadba Cooking Vinyl – bo bądźmy szczerzy, przez ostatnich kilka lat Interscope miał Mansona w dupie i traktował go jak koło u wozu. Dlatego m.in. powstało ‘Lest We Forget’. MM chciał wywiązać się z kontraktu, w którym miał określoną ilość płyt, które jeszcze musi wydać przez ten label. Moim zdaniem świetne posunięcie i jestem ciekaw jak to się rozegra z nową firmą.