2009-05: Elegy n°59

by Yannick Blay
Mieliśmy przyjemność uzyskania ekskluzywnego wywiadu z Marilynem Mansonem, który właśnie był w trakcie kręcenia materiałów do swojego nowego teledysku Arma-goddamn-motherfuckin-geddon w Los Angeles — części bardzo autobiograficznego albumu, jakim jest wychodzący we Francji 25 maja “The High End of Low”. Przedstawiamy pierwszą część bardzo długiego wywiadu, przeprowadzonego pod znakiem strumienia świadomości, a także odkupienia. W zasadzie Brian aka Manson dopiero zaczyna obiektywnie rozpoznawać motywy towarzyszące nowemu albumowi…
Elegy : Obecnie kręcisz teledysk do Arma-goddamn-motherfuckin-geddon. Czy to pierwszy singiel z Twojej płyty?
MM (brzmi nieco przygnębiony) : W sumie tak, technicznie rzecz biorąc. Ale trudno jest mówić o singlu ze względu na ewolucję jaka dokonuje się w technologii i przemyśle muzycznym. Nie możesz czegoś wydać kiedy chcesz i jak chcesz. Ale jakby co, jest to pierwsze wideo z nowego albumu, które poleci w MTV.
Chyba śmiesznie jest robić teledysk do takiej piosenki…
No cóż, kręcimy go z takim samym nastawieniem, jakie mi przyświecało, gdy pisałem tekst. Zabawne i zaskakujące jest to, że wytwórnia stara się umknąć temu, o czym mówię, zdaje się, że chcą to stonować… Ale teraz już mnie to nie obchodzi. Jestem bardzo zadowolony z faktu swojego powrotu z nową płytą — płytą, która jest również powrotem mojego najlepszego przyjaciela. Twiggy i ja przeszliśmy razem w życiu wiele dziwnych sytuacji, włączając w to tworzenie tego albumu. Ponowna współpraca była czymś niezwykłym. I dobrze się bawimy przy kręceniu tego klipu, ponieważ mamy to samo nastawienie… Słuchałeś może albumu?
Tylko osiem piosenek…
A więc i tak łapiesz idęę — trudno jest wydać We’re From America jako singiel, nie jest to najbardziej reprezentatywna piosenka dla albumu. Może miałeś okazję słyszeć Four Rusted Horses, który, według mnie, jest najbardziej reprezentwatywny.
Początek piosenki brzmi bluesowo, nieco jak “Personal Jesus”…
Tak, może i jest tam nieco z Depeche Mode czy z Johnny’ego Casha, nie tylko muzycznie, lecz również w kwestii motywów przewijających się przez cały album. Piosenki są ułożone w takiej kolejności, w jakiej były pisane. Spędziliśmy trzy miesiące nagrywając muzykę i prawie tyle samo czasu zajęło napisanie tekstów. Oficjalnie ukończyliśmy nagrywanie 5 stycznia, w moje urodziny. Ostatnia piosenka ma tytuł “15″ ponieważ 15-tka jest moim fetyszem. Ma dla mnie wiele znaczeń. To dokładna liczba liter w moim pełnym imieniu, Brian Hugh Warner; reprezentuje także datę mojego urodzenia, 1.5 to piąty stycznia, rok mojego urodzenia to 1969, a 6 plus 9 daje 15, i tak dalej. Ta liczba zawsze była dla mnie obsesją, dodaje mi otuchy na wielu poziomach. Jest często obecna na Mechanical Animals. A skoro już mówimy o piosence “15″, można ją zrozumieć na kilka sposobów. Ostatnie trzy piosenki na płycie są zbieżne z jednym z najtrudniejszych momentów w moim życiu. Nie jestem w stanie odseparować swojego życia od swojej sztuki i nie chcę tego robić. Nagrałem słowa większości piosenek już w pierwszym ujęciu, instynktownie. Byłem pod wrażeniem ich zaśpiewania, tak jakbym wybrał je znikąd, jakby przeze mnie przeleciały. Poczułem się jakbym cofnął się w czasie i ruszał naprzód jednocześnie. Wiedziałem po co tu jestem i co robię, lecz ciężko było być tego świadomym, nie będąc uwalonym. I wszystko to zatrzymało się w pierwszym tygodniu stycznia, gdy zakończyłem nagrywanie wokalu do 15, jak już mówiłem, w mój urodzinowy poranek. Nigdy tak naprawdę nie urządzam przyjęcia urodzinowego, chyba że zaczęlibyśmy właśnie od tegorocznego faktu zaśpiewania tej piosenki.
W Four Rusted Horses śpiewasz o trumnie i zdajesz się projektować przed samym sobą wizję własnego pogrzebu…
Tak… Ten album jest dla mnie nadal bardzo nowy, nawet jeśli jest pierwszym, którego po zakończeniu nagrywania lubię słuchać w kółko i w kółko. Chodzi o to, że za każdym razem, gdy go słucham, odkrywam w nim nowe znaczenia, które mnie dotyczą. Napisałem to wszystko tak instynktownie… Jest w tym silny wątek zjednujący… Na pewno czułem się bardzo źle… Jest bardzo autobiograficzny, ponieważ napisałem go patrząc w swoje życie w poczuciu, że wszystko się poprawia, zanim nie zorientowałem się, że nie o to chodzi. Skończyłem pisząc 15, to był dla mnie konieczny akt… Myślałem, że album skończył się na Into The Fire, ale zrozumiałem, że nie dokonałem wszystkiego. I kiedy mnien pytasz o Four Rusted Horses, zaczynam zdawać sobie sprawę, że nadal zastanawiam się o czym jest ta piosenka… Wiem co chciałem powiedzieć, gdy ją pisałem, lecz dzisiaj zdaje się to mieć inne znaczenie. Nie rozumiałem wcześniej ile jest w tym na temat samego zespołu, na temat samego procesu pisania i że cokolwiek nie powiem, ludzie zawsze odnajdą w tym apokaliptyczne odczucie. Jesteś pierwszą osobą, z którą rozmawiam o tej płycie w wywiadzie… Jeszcze nie zacząłem jej promować. Muszę zacząć myśleć obiektywnie o tym, co ten album dla mnie znaczy. Najpierw chciałem zaprowadzić ludzi do mojego pokoju. Możesz u mnie zobaczyć zdjęcia mnie siedzącego na łóżku, otoczonego ścianami, na których napisane są wszystkie teksty. Nie ma żadnych dekoracji, lecz to właśnie tam pisałem przez 6 miesięcy album. Nie ma lepszego sposobu na wytłumaczenie procesu, jaki kryje się za pisaniem, niż przesłuchanie tych piosenek. Mówiłem nieco o tym na internecie, lecz nie dawałem jeszcze wywiadu odnośnie moich piosenek, Ty jesteś pierwszy. To dla mnie nadal nieco trudne, ale zdaje się, że jestem w dobrym miejscu, by o tym mówić (smiech).
Pomówmy o tytule “The High End of Low”. Czy chodzi tu o świeży początek, koniec tunelu?
Tak, to jedna z możliwych interpretacji (śmiech). Ktoś kiedyś zapytał mnie jak się czuję i odpowiedziałem “Cóż, jestem na krańcu dna” ["I'm at the end o f low"; może oznaczać także "jestem przy końcu słabego samopoczucia" -- przyp.]. Nie mówilem tego wówczas w pozytywnym znaczeniu. Z drugiej strony — nie myślalem jeszcze o tym — tkwi w tym z pewnością alegoryczne bądź metaforyczne znaczenie. Próba ognia, Lucyfer spadający z nieba, żałoba… Jak mówisz, powziąłem zwyczaj zaczynania na nowo. Pomyślalem o tym, co chciałbym uczynić z “dnem” [low - przyp.], gdy czuję się źle i ze “szczytem” [high -- przyp.], gdy czuję się dobrze — i powiedziałem sobie, że musi to być kraniec “dna”. Koniec końców myślę, że to pozytywne sformułowanie. Myslę, że album ukazuje na końcu wybawienie. Tak też rozumiem dzisiaj ten tytuł.
Tak jak na poprzedniej płycie, jest tu obecny motyw wampiryczny, przynajmniej w Devour. Skłoniło mnie to do pomyślenia o Trouble Every Day Claire Denis…
To jeden z moich ulubionych filmów! To wielki komplement. Ta piosenka jest pierwszą, którą zaśpiewałem i są też zdjęcia, które zrobiłem dla zilustrowania płyty, które zawierają ten klimat.
Miałem również okazję przesłuchać Leave a Scar, który zdaje się iść nieco dalej niż Mutilation Is The Most Sincere Form Of Flattery z poprzedniego albumu…
Cóż, zdaje się, że tak. To pradopodobnie kwestia motywu, który dobrze wpasowuje się w moje życie. Napisałem tę piosenkę z powodu Evan (Rachel Wood) i dla Evan, w dniu, w którym zerwaliśmy. Być może kierowanie do kogoś takiej piosenki było nieco okrutne, ale to, o czym śpiewam, jest tym, co naprawdę czułem, gdy to się stało i chciałem to wyrazić w utworze. Jest to dla mnie coś na kształt naklejki, którą przyklejasz do starego samochodu. Ten stary wóz może być naprawdę fajny do prowadzenia, lecz często się psuje (śmiech). Samochodem jestem ja (śmiech). Ludzie zdają się interesować tym, co robią inni podczas słuchania moich piosenek. Zaskakuje mnie to, że nie są bardziej zainteresowani tym, co jestem w stanie zrobić samemu sobie (śmiech). Myślę, że najważniejszą rzeczą, jaką chciałem uczynić przy okazji tej płyty, była chęć wyrażenia faktu, że przez całe życie nie żyłem samotnie. Gdy opuściłem rodzinny dom, założyłem zespół… Kiedy ostatnio znalazłem się w sytuacji, w której byłem kompletnie samotny, poczułem się jak na wakacjach. Wówczas przyszło mi do głowy, że zmieniłem się jako osoba. Z jednej strony jestem lepszym człowiekiem, z drugiej stałem się niebezpieczny. W pewnym sensie czuję, jakbym nie miał już nic do stracenia. Gdy stajesz się tego świadom, zaczynasz zdawać sobie sprawę, że gdy znajdziesz znowu coś ważnego, masz o wiele więcej do stracenia — i desperacko się tego trzymasz, starając się bardzo by niczego nie zjebać, ponieważ życie nie będzie już warte życia. Więc zamiast być zdesperowanym, album ten mówi zarówno o wybawieniu, jak i o niebzepieczeństwie. Mówię “Nie igraj ze mną, bo nie mam nic do stracenia”. Ale też nie zamieniłem się w drania — to po prostu pozwala mi nie iść na kompromisy z ludźmi, którzy nie szanują mnie tak, jak ja ich szanuję. I nie bałem się pisać piosenek z różnymi odczuciami, pełnych sarkazmu, humoru, a także gniewu. Ten album po prostu reprezentuje mnie. Lecz nie tylko mnie, także Twiggy’ego i Chrisa. Twiggy włożył w tę płytę, w granie na gitarze, wiele serca — więcej niż kiedykolwiek.
Komponowaliście razem, on grał na gitarze, a Ty w większości śpiewałeś, czy jest to może bardziej złożone?
To jest zarówno bardzo proste, jak i bardziej złożone. Gdy zaczynam komponować, nie śpiewam, po prostu pozwalam muzyce by do mnie przychodziła i dopiero piszę tekst. Ale nadal staram się być produktywnym muzycznie, gdy prowadzę cały ten proces ku jakiemuś chaosowi, o którym wiem, że chciałem go uniknąć. To wszystko jest naprawdę instynktowne. Myślę, że możemy poczuć, iż wszystko jest prostsze niż kiedykolwiek. Ale w zasadzie taki mam cel — sprawić, aby rzeczy wyglądały na proste. Napisanie piosenki może mi zająć tylko minutę, ale tak naprawdę zanim to ze mnie wyjdzie, spędzam wcześniej 15 lat myśląc o tym.
Czy odkrywasz nowe znaczenia swoich starszych piosenek, na przykład tych z pierwszych dwóch albumów?
W zasadzie nie próbowałem. To by mogło być interesujące dla psychiatry. Już nawet nie słucham swoich starych piosenek i nie wydaje mi się, żebym kiedykolwiek jeszcze słuchał. Są etapy mojego życia, które już mnie nie obchodzą. Jedyną piosenką, jakiej chciałbym słuchać, byłaby If I Was Your Vampire. Te stare płyty rezprezentują osobę, która była kompletnie rozbita, podczas gdy nowa płyta pokazuje mnie takiego, jakim jestem dzisiaj. Nie wydaje mi się, abym chciał pamiętać kim byłem. Słuchanie tych piosenek przywołałoby tylko niemiłe wspomnienia.
Czy to tak samo jak przy malowaniu? Czy wkładasz w płótno swoje życie, a później nie chcesz na to spojrzeć?
Nie, to jest coś innego. Nie wiem… Myślę, że obraz jest obiektywnym rodzajem sztuki, ludzie na niego patrzą, po czym albo obraz im się podoba, albo nie. Piosenka jest bardziej złożona, możesz ją poczuć, w piosence jest wiecej na rzeczy. Większość ludzi słyszy piosenkę, podoba im się lub nie, lecz gdy ją kochają, przytwierdzają się do niej emocjonalnie. Gdy lubisz piosenkę, to lubisz ją z powodu wykonawcy i całego wachlarza emocji, które są o wiele bardziej różne o tego, co przekazuje obraz. Z kolei obraz daje mi poczucie wolności, ponieważ mogę pokazać go innym i nie będą wiedzieli, że to ja jestem autorem. Ludziom może się spodobać, nawet jeśli nienawidzą mojej muzyki. Staram się w swojej muzyce stosować to, czego się uczę podczas malowania.
W takim razie prawdodpobnie powinieneś zmienić zarówno swój głos, jak i wizerunek…
(Śmiech)Myslę, że jestem w stanie słuchać tego albumu przez przykładania do tego uczuć, które towarzyszyły mi podczas pisania piosenek. Gdy puściłem paru moim znajomym 15, niektórzy płakali. Ja pozostałem spokojny, co jest inną sytuacją względem moich poprzednich płyt — co tylko dowodzi, że naprawdę dorastam.
Które płyty nagrane przez innych artystów wprawiają cię w dobre samopoczucie, a które powodują, że chce ci się płakać za każdym razem, gdy ich słuchasz?
Hmm… chyba Diamond Dogs Davida Bowie. Jest jeszcze piosenka, która ciągle za mną chodzi. Nazywa się “Quiet Inside”. Nawet nie wiem kto ją śpiewa lub kto ją skomponował; to piosenka, która leci na napisach końcowych The Jacket [piosenka Jane Does]. Moje przywiązanie do niej jest związane z filmem, ale nie tylko. Jest jeszcze piosenka, która mogłaby być grana na moim pogrzebie i jest to “Exit music (For a film)” zespołu Radiohead. Przestałem być smutny, gdy posłuchałem jej przez pewien czas, ale wygląda na to, że znowu się za mnie zabiera. Ta piosenka wytwarza pewne silne, a czasami bardzo złe rzeczy, gdy jej słuchasz. Ale jeśli nie będzie już wyzwalała we mnie takiego smutku, jak dotychczas, to będzie tak dlatego, że się zmieniłem. Już nie jestem osobą, która po prostu zapomina o czymś. Gniew lub zbawienie — to jedyne dostępne opcje. Wolę być zły niż smutny. Dzisiaj jestem najwyraźniej w dobrym nastroju, bo mogę jednocześnie o tym mówić i śmiać się z tego. Całe moje życie oddane jest gniewowi i nienawiści. Każda interesująca rzecz, którą przeczytałem, zobaczyłem, czy usłyszałem, zrodziła się z frustracji, ponieważ gdy nie możesz przeżywać swojego życia tak jak chcesz, starasz się to wyrazić przez pisanie, malowanie czy muzykę. To właśnie zawsze starałem się robić — może osiągnąłem swój cel, może niektórzy są w stanie zidentyfikować się z tym, co starałem się wyrazić. Fani są w stanie słuchać i lubić moją muzykę, ponieważ odczuwamy podobnie. Ale ta płyta powstała bardziej dla mnie niż dla innych. Ponieważ jestem osobą, którą raczej trudno zadowolić, zdałem sobie sprawę, że jeśli nadal mogę zrobić na sobie wrażenie i się uszczęśliwić oznacza to, że starałem się tworzyć tę płytę bardziej dla siebie niż dla kogoś innego. To powinno być jedynym kryterium. Nie potrzebuję opinii innych. Juz nie potrzebuję odnosić sukcesu. Cokolwiek ludzie pomyślą sobie o tej płycie, nie wprawi mnie to w zwątpienie. Starałem się jak tylko mogłem, żeby nie skrywać się za wymówkami. Jeśli coś jest źle, będę jedynym, którego można winić. Wszystko, co zachodzi w moim życiu, zachodzi, bo tak chcę. I, w pewien sposób, o tym jest ta płyta. Jest o moich nowych wyborach, moim własnym życiu, o tym, że przestałem próbować oszukiwać własne ego, ta płyta jest w pewnym sensie moim zbawieniem. Jednakże moje piosenki mogą umrzeć, a ja nawet nie mam dla nich trumny! Widziałeś Toby Dammit Felliniego? To mój ulubiony film. Podsumowuje moje życie i chciałbym mu oddać swego rodzaju hołd w moich teledyskach, choć wiem, że to zupełnie niemożliwe; to coś, czego potrzebujesz, by żyć. Moje życie to film. Ludzie patrzą na mnie, jakbym był w filmie, ponieważ piszę o swoim życiu i piszą o nim również media. Prawdopodobnie jest to jednocześnie moje życie i moje nowe źródło inspiracji dla tworzenia. To także ewolucja artystów, których podziwiam, na przykład Warhola i Daliego. Bycie mną jest złożone. Starać się zrobić z własnego życia film, z aktorem grającym Marilyna Mansona zdaje się zupełnie niepotrzebne — dlaczego nie mogę być po prostu sobą? Ludzie mówią, że jestem geniuszem, że jestem brzydki, że jestem totalnym frikiem, albo, że moja sypialnia śmierdzi — to właśnie mówią ludzie, gdy oglądają film, jakim jest moje życie i prawdopodobnie to będą mówić, gdy umrę. Jestem jednocześnie reżyserem i aktorem, i jestem także tym, kto dla publiczności wciska guzki “śmiech” i “aplauz”.
Czy nie miałeś przypadkiem kręcić filmu z Jodorowskym?
Tak, w istocie, i nadal będę kręcił (Manson zdaje się weselszy). Obecnie staram się znaleźć ludzi, którzy wierzą w ten projekt, mówiąc finansowo. To rodzaj projektu, który łamie ci serce, tym bardziej gdy masz go pokazać producentom i objaśnić swoje odczucia ludziom, którzy nie mają uczuć. Już prędzej wolałbym go nakręcić telefonem komórkowym. Najważniejszą rzeczą są pomysły. Wyczuwam możliwość realizacji czegoś, co mogło mi umknąć, jak każdy artysta, który nie może ukończyć swojego projektu w sposób właściwy. Gdy rozpocząłęm Marilyn Manson, nie miałem pieniędzy, nawet nie wiedziałem jak się śpiewa, miałem tylko magnetofon z możliwością nagrywania. Nie wydaje mi się, że potrzeba tu czegoś więcej. Każdy może wyjść z własnymi pomysłami na youtube czy na myspace. Chcę to robić w tak prosty sposób. Nie potrzebuję nic więcej poza moimi pomysłami. Gdy coś tworzysz, robisz to po to, aby komunikować się z innymi… To właśnie robię, gdy piszę piosenki, opisuję rzeczy, nie komentuję. Jeśli chodzi o Into the Fire, jedną z trzech ostatnich piosenek, napisałem jej tekst na ścianach mojej sypialni, idzie on od jednej strony do drugiej, pomiędzy dwiema ścianami: chaos. Wyślę Ci parę zdjęć, żebyś mógł je umieścić w swoim artykule — będzie można łatwiej to wyjaśnić, niż gdy opowiadam o tym słowami. Nie wiem, co dalej zrobię z tymi ścianami, ale jak na razie są moim najlepszym dziełem. Będą użyte jako oprawa graficzna albumu. Będę za nimi tęsknił, gdy wyjadę na trasę. Będę się bał, że ktoś je podpali.

Magazyn Elegy, Francja, maj 2005.
UWAGA! Tłumaczenie z tekstu, który był już wcześniej przetłumaczony z francuskiego na angielski.
Autor: Yannick Blay
Tłumaczenie: Michał Szyksznian (Bullsik)
?2009 Celebritarian.pl

Nie powiem… Poruszył mnie ten wywiad. Na takie słowa właśnie czekałem…
Mnie także, za każdym razem kiedy czytam wywiad z udziałem Mansona poznaję jego osobę na nowo i zanim się przyzwyczaję do jednej jego postaci, on tworzy kolejną, równie wspaniałą.
szkoda że, nie wysłał mu tych zdjęć
Teraz bardziej rozumiem co Manson miał na mysli robiąc taki teledysk. Mówi że, odcina sie totalnie od tego co robił kiedyś. Tym teledyskiem podpalił swoje wczesniejsze projekty, swoje wcześniejsze wcielenia. Idealnie nadaje się na pierwszy teledysk albumu. Pokazuje jaki i oczym jest ten album
Brawo… bardzo fajny wywiad. Wydaje się być bardzo szczery. Fajnie że, osobę przeprowadzającą wywiad potraktował po kumpelsku
Podoba mi sie takie podejście. Manson to równy gość 
thx Bulls
No no no, Maniek nam nareście dorósł =)
Cudowny, dojrzały wywiad. Podoba mi się sposób w jaki Manson patrzy teraz na świat, na siebie i swoje życie. I każdemu, kto po raz kolejny porówna THEOL do Antychrysta bez wyrzutów sumienia powiem, że jest idiotą.
Boże… to juz nie Marilyn Manson to Brian ;] żegnaj Antychryście
Maniek dorósł.
No no no… świetny wywiad
Manson sie nam zmienił… Wszystko odwróciło się o 180 stopni. Wszystko jest inne. Zaczynamy nową erę
I oby tak dalej. Muszę się pośmiać z tych, którzy twierdzą, ze Maniek się wypalił.
Whore Of Babylon: No to masz przynajmniej tysiące ludzi do wyśmiania… Nie będę ryzykował z milionem ale…